O tym, jak zmienia się historia

Ten tekst ugotował się we mnie dosyć szybko. Niczym zupa instant. Myślę, że wynika to z eskalacji emocji, niestety raczej tych negatywnych. Ostatnio jednak pozwalam sobie czuć wszystkie emocje, które do mnie przychodzą, te miłe i te, które powodują dyskomfort. To one sprawiają, że się rozwijamy, że wyciągamy wnioski. Popychają nas, by szukać rozwiązań i kopać głębiej do źródła naszych problemów. Mi dały dużo do myślenia i mam nadzieję, że nie jestem odosobniona z moimi przemyśleniami i że nie tylko ja się czuję w ten sposób.

Spełniły się moje najgorsze obawy. Od zawsze najbardziej bałam się wybuchu wojny. Bałam się destabilizacji i chaosu, który ze sobą niesie. Cierpienia i bólu. Destrukcji dorobku kultury, którą uwielbiam. Utraty humanitaryzmu i empatii. I pomimo, że wojna wybuchła prawie tysiąc kilometrów stąd, w innym kraju, czuję że moje poczucie bezpieczeństwa zostało zburzone. Na co dzień nie śledzę polityki i czasami moja ignorancja jest dla mnie samej niewygodna, ale nie potrafię zlekceważyć tego, jak się czuję przez decyzje, które podejmują politycy ani tego, jak w obliczu takiej tragedii zachowują się ludzie.

Mam wrażenie, że Polacy, a sama jestem Polką dla jasności, przykleili sobie łatkę ofiar II Wojny Światowej, chowają się za nią i czują się w pełni usprawiedliwieni, by rozliczać i pouczać inne narody. Nie śmiałabym nigdy negować krzywdy, która została zadana Państwu Polskiemu. Uważam, że to była jedna z najokrutniejszych zbrodni, jaką można było zgotować ludzkości, ale jednocześnie nie podoba mi się fakt, że jest to traktowane jako karta przetargowa i argument w każdej dyskusji. Powinniśmy wyciągnąć lekcję z historii, przeciwdziałać złu, ale także wykazać trochę empatii wobec tych, którzy obecnie cierpią, a niewiele mają wspólnego z wydarzeniami sprzed osiemdziesięciu laty. Polityka rządzi się zazwyczaj swoimi prawami, ale zapominamy, że państwo to głównie zwykli, prości ludzie, którzy w nim mieszkają, a nie rządy stojące na ich czele. Osobiście czuję, że atak Rosji na Ukrainę to rękawica rzucona całemu światu. To informacja, że nie można czuć się bezpiecznie. Staram się ograniczać media społecznościowe, ale kiedy czytam komentarze moich współobywateli, jest mi zwyczajnie przykro. Jest mi przykro jak można być tak nieczułym na krzywdę drugiego człowieka tylko dlatego, że pochodzi z innego kraju. I równocześnie jest mi wstyd, bo ostatnie wydarzenia pokazują, że najwidoczniej jesteśmy również narodem egoistycznym. Puste półki w sklepach, brak paliwa na stacjach czy pieniędzy w bankomatach pokazują że potrafimy myśleć tylko o sobie i swojej wygodzie. Rozumiem, że posiadamy naturalny instynkt przetrwania, ale czy nie ma tu miejsca na odrobinę przyzwoitości? Mam nadzieję, że wojna nigdy nie będzie nas dotyczyć, bo mam wrażenie, że ludzie wyrywaliby sobie chleb z dłoni. Czy takim narodem się staliśmy? Łatwo przychodzi ocenianie z wygodnego fotela w domu, ale nie jesteśmy w stanie przewidzieć swojej reakcji w obliczu niebywałego stresu. Staliśmy się wygodniccy i roszczeniowi, łatwą ręką wyrzucamy zepsute sprzęty i relacje, więc kto da nam gwarancję, że w razie ataku, weźniemy broń i będziemy walczyć, a nie uciekniemy bezpiecznie do innego kraju? Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi. 

Nie byłabym jednak sprawiedliwa, gybym wrzuciła wszystkich ludzi do jednego worka. Naprawdę, wzruszam się i łza kręci mi się w oku, gdy widzę ludzi, którzy niosą realną pomoc czy słowa otuchy naszym sąsiadom. Moja ściana na facebooku jest dosłownie zalana postami, w których ludzie organizują zbiórki żywność i rzeczy pierwszej potrzeby. Ludzie Ci stają ponad podziałami i oferują pokoje i mieszkania. I już słyszę głosy protestu, że opiekujemy się obcokrajowcami, a swoimi współobywatelami nie potrafimy. Nie mogę się z tym zgodzić, a przykładem może być przykładowo zbiórka WOŚP.

Zastanawiałam się również, co sama bym zrobiła, gdyby wojna dotknęłaby naszego kraju. Dochodzę do wniosku, że chyba ewakuowałabym się z tego świata. Na zawsze. Wiem, że moje podejście jest aż nadto pesymistyczne, ale byłoby mi ciężko wytrzymać to napięcie. I wcale nie znaczy to, że uważam życie za bezwartościowe i mało znaczące, przeciwnie. Uważam je za absolutnie fantastyczne, pełne możliwości i perspektyw, o ile ma się do tego odpowiednie warunki. A niepewność co do jutra i chorej ambicji jednego człowieka do takich nie należą. Wojna również - tak samo jak wcześniej pandemia - pogłębia tylko poczucie osamotnienia i izolacji. Taką lekcję wyniosłam z pandemii: że czuję się samotna i zdana tylko na siebie i wcale nie jestem pewna, czy chciałabym się mierzyć z takimi uczuciami w obliczu wojny.

Na zakończenie chciałabym życzyć sobie i innym pokoju i refleksji w tych niespokojnych czasach.

Komentarze

Popularne posty